wtorek, 2 października 2018

#Wolnośćłączy czyli o Powstaniu Warszawskim


Walka beznadziejna, walka o sprawę z góry przegraną, bynajmniej nie jest poczynaniem bez sensu.
[...] Wartość walki tkwi nie w szansach zwycięstwa sprawy, w imię której się ją podjęło, ale w wartości tej sprawy".
Prof. Henryk Elzenberg


Od kilku dobrych lat, co roku 1 sierpnia o godzinie 17-stej Polska zamiera by oddać hołd Powstańcom Warszawskim. Mało kto pozostaje obojętnym wobec tego wydarzenia. W mediach, w czasie dookoła rocznicowym toczy się dyskusja na jego temat. Bardzo często podczas niej trudno jest oddzielić emocje od argumentów, historycznych faktów. Ktoś kiedyś powiedział, że spór o Powstanie będzie trwał tak długo póki będziemy Polakami. Sama do Powstania mam stosunek bardzo emocjonalny. Poznając w szkole historię II wojny światowej, chłonęłam dzieje podziemnych organizacji, dywersji, nieugiętości wobec wroga. Chciałam być taka jak Alek, Zośka i Rudy. Zazdrościłam im czasów, w jakich przyszło im żyć. Dziś bardziej doceniam czas pokoju i możliwości, jakie on daje.

Przygotowania do Powstania

Pierwsza mobilizacja do Powstania została zwołana przez dowódcę AK w Warszawie, Antoniego Chruściela „Montera” 27 lipca 1944 roku, jako reakcja na zarządzenie Niemców, pobór 100 tysięcy osób w wieku 17-65 lat do robót fortyfikacyjnych na obrzeżach stolicy. Dowództwo AK zdawało sobie sprawę, że odezwa Niemców ma na celu wyciągnięcie sił konspiracyjnych poza miasto i nakazało by nie stosować się do zarządzenia. Niemal nikt się nie zgłosił, a mobilizację „Monter” odwołał kolejnego dnia.
30 lipca Radiostacja im. Tadeusza Kościuszki nadała audycję zbliżoną do tej emitowanej dzień wcześniej przez Radio Moskwa, która była wezwaniem do powstania, nawoływano w niej lud stolicy do przyłączenia się do Armii Podziemnej i pomocy Armii Czerwonej w zdobyciu miasta. Dowództwo AK obawiało się, że jeśli walki wybuchną dzięki Sowietom – Armii Ludowej i Polskiej Partii Robotniczej to, mimo iż przyłączy się do niej AK i inne oddziały konspiracyjne i ludność cywilna zmęczona okupacją, chcącą odwetu na Niemcach, to AK straci polityczną inicjatywę a korzyści przypadną Rosjanom. Należy też pamiętać o tym, że w realiach wojny niewygodne wiadomości z frontu nie zawsze docierały szybko do potencjalnych zainteresowanych. Dowództwo AK pewnie zdawało sobie sprawę, co stało się z polskimi żołnierzami z AK po operacji „Ostra Brama” w Wilnie, tak szeregowi żołnierze już nie. Dowództwo mimo to ufało, że tu w Warszawie będzie inaczej, 26 lipca do Moskwy na rozmowy pojechał Stanisław Mikołajczyk, Premier Rządu RP na Uchodźctwie. Chciał wynegocjować korzystny dla polskiej racji kompromis. Rozpoczęcie w tym czasie przez walk z Niemcami o wyzwolenie stolicy przez Podziemną Armię legitymującą się poparciem Rządu RP wytrąciłoby argument Rosjanom, którzy utrzymywali, że Polacy są bezczynni, a nawet kolaborują z okupantem.
Dzień wcześniej, 29 lipca na naradzie Komendy Głównej AK, Komendant Główny gen. „Bór” Komorowski przyjął Jana Nowaka-Jeziorańskiego, kuriera Rządu Komendanta Głównego AK i jego łącznika z londyńskim rządem RP. Przekazał on informacje mówiące o tym, że aliantom, będzie bardzo ciężko pomóc Polakom oraz wiadomość od Naczelnego Wodza, gen. Sosnkowskiego, która zawierała możliwe korzystne scenariusze otwartej walki z Niemcami. Ostatnia zakładała możliwość zajęcia przez AK na krótko jakiegoś terenu, miasta, przed wejściem Rosjan. By pokazać światu, że pomiędzy Niemcami a Rosjanami na swojej ziemi walczy suwerenny polski naród. Kurier przytaczał też fakty dotyczące konferencji pokojowej wielkiej trójki, gdzie obradowali: F.D. Roosevelt - USA, Winston Churchill - Wlk. Brytania, Józef Stalin - ZSRR; odbywającej się pod koniec 1943 roku w Teheranie. Na mocy jej ustaleń Polska miała wejść do strefy wpływów Stalina. I zryw przy takim układzie sił byłby tylko burzą w szklance wody. Mimo to z rozmów na obradzie wynikał obraz, że bez względu na polityczny układ sił i sytuację frontową nie ma innego wyjścia niż próba zajęcia miasta, tak to w swoich wspomnieniach przedstawił Kurier.
30 lipca 1944 roku Jan Nowak-Jeziorański powtórzył swój raport Stanisławowi Jankowskiemu, Delegatowi Rządu RP, ten odpowiedział mu tymi słowami: ” Obraz, który pan tu przede mną roztoczył, jest ponury. Właściwie prawie beznadziejny. Ale my tu nie mamy wyboru. „Burza” w Warszawie nie jest czymś odosobnionym. To jest ogniwo w długim łańcuchu, który zaczął się we wrześniu. Walki w mieście wybuchną, czy my tego chcemy, czy nie. Niech pan sobie wyobrazi – użył w tym miejscu plastycznego porównania – człowieka, który przez pięć lat rozpędza się do skoku przez jakiś mur, biegnie coraz szybciej i o krok przed przeszkodą pada komenda: stop! On tak się już rozpędził, że zatrzymać się nie może. Jeśli nie skoczy – rozbije się o mur. Tak jest właśnie z nami. Za dzień, dwa lub trzy Warszawa będzie w pierwszej linii frontu. Ja nie wiem, może Niemcy wycofają się od razu, a może dojdzie do walk ulicznych, jak w Stalingradzie. Czy pan sobie wyobraża, że nasza młodzież dysząca żądzą odwetu, którą myśmy szkolili od lat, sposobili do tej chwili, daliśmy jej broń do ręki, będzie się biernie przyglądała albo da się Niemcom wywieźć bez oporu do Rzeszy? Jeśli my nie damy sygnału do walki, ubiegną nas w tym komuniści. Ludzie wtedy rzeczywiście uwierzą, że chcieliśmy stać z bronią u nogi. Tu nie chodzi – mówił dalej – o nas, o kompromitację kierownictwa. Stoimy wobec gigantycznego oszustwa, które ma przekonać i zagranicę, i nasze własne społeczeństwo, że Polska sama dobrowolnie zakłada sobie obrożę na szyję, a wolę ludności reprezentuje sowiecka agentura. My nie możemy zachowywać się biernie wobec takiej gry.”
31 lipca odbyła się kolejna narada dowództwa AK. Wśród zebranych byli między innymi: Jan Stanisław Jankowski, gen. Tadeusz „Bór” Komorowski, gen. Tadeusz Pełczyński, szef sztabu AK, gen. Leopold Okulicki, płk Antoni Chruściel. Do nich dołączyli później: Józef Szostak, szef działu operacyjnego Komendy Głównej AK, płk Kazimierz Iranek-Osmecki, szef Oddziału Informacyjno-Wywiadowczego KG AK. W czasie spotkania Chruściel poinformował Komorowskiego o obecności rosyjskich czołgów na Pradze. Po naradzie Jankowski powiedział do „Bora”: „Dobrze, niech pan zaczyna”. I kolejno „Bór” wydał polecenie „Monterowi”: „Jutro o piątej po południu rozpocznie pan działania”. Decyzja o Powstaniu została podjęta. Była krzykiem, w kierunku świata, pokazującym, że w Warszawie działają są legalne władze polskie. Tylko świat nie chciał słuchać, zajęty swoimi interesami.

Wybuch walk

Walki w mieście rozpoczęły się już przed godziną siedemnastą, ciężko było utrzymać mobilizacje w zupełnej tajemnicy przed Niemcami. Podejrzliwość mogli wzbudzać młodzi mężczyźni, którzy w sierpniowy dzień biegali po mieście w długich płaszczach, w których połach przenosili różnego rodzaju pakunki. Jan Nowak-Jeziorański ostatnie dni lipca 1944 roku wspominał: ”Warszawa albo ta część, która ma być czynnie zaangażowana w bezpośredniej walce, szykuje się gorączkowo i entuzjastycznie do rozprawy z wycofującymi się Niemcami.” Sam kurier do Powstania dostał przydział do Biura Informacji i Propagandy AK. Gdy 1-go sierpnia dotarł tam na czas zbiórki, zebrani dowiedzieli się, że jest on skoczkiem z Londynu i wypytywali o koniec wojny, pomoc Anglików i Amerykanów. Emisariusz przyznał później: „Kłamię jak z nut. W tym momencie i nastroju za skarby świata nie zdobyłbym się na słowa prawdy.” Ostatnie dni przed Powstaniem wspominał również Władysław Bartoszewski, oficer AK i działacz Żegoty: „Dla nas Powstanie było oczywiste – my albo oni. Wóz albo przewóz. Czy Pan sobie wyobraża, że Niemcy mogliby ścierpieć na bezpośrednim zapleczu frontu Warszawę najeżoną ukrytą bronią i dyszącą chęcią odwetu?”. Dokładnie, atmosfery Warszawy nie sposób oddzielić od dramatu taki spotykał ludność podczas okupacji niemieckiej. Przez blisko pięć Polacy ludzie doświadczali poniżeń, dyskryminacji, odbierania kolejnych praw, systematycznej eksterminacji ludności. Drżeli ze strachu o to czy ich najbliższym i im samym uda się wrócić do mieszkań, czy może trafią w łapankę. Ludzie mieli tego dosyć, chcieli działać, nie być bezczynnymi, stąd brała się też działalność sabotażowa i dywersyjna, chęć odwetu na Niemcach i ochrony siebie, bliskich, kraju. Jan Stanisław Jankowski powiedział: „Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać.”
Praca Jakuba Różalskiego pt. "Warsaw 44" (źródło: https://www.artstation.com/artwork/KeN0R)


Postawa ogółu społeczeństwa polskiego podczas obu okupacji: niemiecką i sowiecką, czyli sprzeciw i opór, wynikał w dużej mierze z doświadczeń zaborów oraz II Rzeczpospolitej Polskiej. Najpierw przez 123 lata nasi przodkowie pod trzema różnymi zaborami zdołali zachować i utrzymać polskość: język, kulturę, zwyczaje, wiarę. Natomiast w czasach II RP młodzież była wychowywana w duchu wdzięczności dla powstańców, ci Styczniowi byli otaczani szczególna estymą, legionistów oraz żołnierzy walczących na frontach I wojny i obrońców granic odradzającego się państwa. Pokolenie urodzone już w wolnej Polsce było wychowywane w duchu patriotyzmu, który wzywał do obrony ojczyzny. Hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” niosła za sobą konkretne czyny i postawy. Choć II RP nie była państwem bez wad, to w czasie okupacji była punktem odniesienia. Widać to na przykładzie życia Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, wybitnego młodego poety. Chciał on być żołnierzem i gdy decyzją dowódcy został zwolniony ze swojej funkcji w batalionie „Zośka” z prośbą by objął nieoficjalne stanowisko szefa prasowego kompani po kilku dniach przeszedł do batalionu „Parasol” na pozycję, zastępcy dowódcy III plutonu 3. kompanii. Podobnie postąpił Gajcy, inny wybitny poeta, który był też żołnierzem. Działali tak nie tylko ci, którzy przebywali w kraju. Przedwojenny publicysta i dyplomata, Adolf Maria Bocheński, też zamienił pióro na karabin. Proponowano mu spokojne życie na emigracji, gdzie mógłby działać w dyplomacji, on jednak wybrał żołnierską tułaczkę, od Narwiku, po Tobruk, Monte Cassino i śmierć pod Ankoną.

Niespodziewani sojusznicy

W czasie Powstania nie mogliśmy liczyć na współmierną, co do naszych potrzeb pomoc od zachodnich aliantów. Swoje wsparcie okazali nam Węgrzy, którzy w stacjonowali pod Warszawą. Niemcy chcieli otoczyć stolicę kordonem z wojsk węgierskich, by partyzanci stacjonujący w lasach dookoła Warszawy nie mogli przyjść miastu z pomocą. Jednak Węgrzy nie chcieli walczyć z Polakami i nie podjęli czynnej akcji. Węgrzy byli przyjaźnie witani przez miejscową ludność. Polacy prowadzili tajne negocjacje z Węgrami, chcieli by ci przystąpili do walk przeciwko Niemcom, lub by zapewnili o swojej neutralności, możliwości wykupu broni.  W Puszczy Kampinoskiej udało się dojść do porozumienia „nie wchodzenia sobie w drogę”. Węgrzy przepuszczali partyzantów do stolicy. Natomiast około 40 bratanków przyłączyło się do AK, pełnili oni straż, nie uczestnicząc w walkach zbrojnych. Trwały też rozmowy o przyłączeniu Węgrów sił alianckich, ale ostatecznie dowództwo z Budapesztu przysłało odpowiedź, by sprowadzić węgierskie oddziały do kraju. Wśród tych zaleceń była też uwagą by przekazać powstańcom lekarstwa i opatrunki.  Do Niemców dochodziły wieści o brataniu się Węgrów z polskimi cywilami, do tego obawiali się przejścia sojusznika do obozu aliantów, dlatego zdecydowali się odesłać węgierskie jednostki na Węgry.

Co by było gdyby?

Powstanie, tak jak inne wydarzenia, bitwy, miało wpływ na przebieg całej II wojny światowej. Ale czy mogłoby potoczyć się inaczej? Jakby mogło wyglądać gdyby Rosjanie weszli do miasta od razu i pomogli Powstańcom? Czy bez blisko półrocznego postoju Armii Czerwonej na prawym brzegu Wisły Stalin zaszedłby głębiej w terytorium III Rzeszy? Gdyby pierwsza mobilizacja w czasie, gdy Niemcy zaczęli się ewakuować z miasta nie została odwołana? Gdyby kilka dni przed ostateczną mobilizacją nie padła decyzja o wywiezieniu części zapasów broni poza miasto? Gdyby alianci pozwolili przybyć brygadzie spadochronowej Sosabowskiego? Gdyby zrzuty były obfitsze? Gdyby drugi front został otwarty wcześniej i szedł do Polski ze strony Bałkan a nie Włoch? Czy gdyby udało się odeprzeć z miasta Niemców, Stalin zmieniłby plany wobec Polski? Czy może jednak żołnierze Armii Krajowej i tak zasililiby więzienia, Syberyjskie gułagi? Gdyby Stalin we wrześniu nie otworzył nagle radzieckich lotnisk, a Dywizja Kościuszkowska nie rozpoczęła desantu na Czerniaków, w czasie gdy „Bór” rozpoczął z Niemcami rozmowy o kapitulacji, potem przerwanych? Gdyby na lipcową odezwę Niemców zgłosiło się 100 tysięcy mężczyzn i przygotowaliby oni miasto, jako obronną twierdzę, czy wówczas miasto by ocalało? Czy może podobnie jak w Mińsku, mieście twierdzy, gdzie nie było powstania i mimo to w wyniku walk zniszczeniu uległo 83% zabudowy miasta, a życie straciło ponad 70% ludności? Z naszą dzisiejszą wiedzą na temat Powstania łatwa nam wytykać jego błędy, dyskutować, co by stało, gdyby Powstanie nie wybuchło, miało inny przebieg. Ale wówczas wkraczamy w sferę historii alternatywnej i pozostają nam jedynie nasze domysły i przemyślenia. Nie wiadomo jakby wyglądała dzisiaj Polska, Europa i świat bez Powstania Warszawskiego. To trochę tak jak zastanawianie się jak wyglądałoby moje życie gdybym wsiadła do innego, niż wybrałam, pociągu. Podjętych decyzji nie można odwrócić, konsekwencje trzeba przyjmować. A życie doceniać takimi, jakie jest i w tym widzieć wartość.
Twierdzenie, że dzięki Postaniu mieliśmy zwycięski rok 1989 jest zbyt dużym uproszczeniem, ale ma swoje racje. Część historyków twierdzi, że to właśnie po Powstaniu Stalin zdecydował o tym by nie robić z Polski jednej z radzieckich republik, a polscy obywatele byli ostrożniejsi w walce z komunistami i zmiany polityczne odbyły się bezkrwawo.
Na pewno wydarzenie Powstania ukształtowało nas, jako naród w pewien sposób i dalej kształtuje.
Dla mnie kwestia Powstania Warszawskiego ma w sobie wymiar wyboru Antygony z greckiej tragedii. Bić się – czy się nie bić. I tak źle i tak gorzej. Wiemy, że zryw nie spełnił zakładanego celu, czyli przywitania Sowietów w stolicy na pozycji gospodarzy. Ale nie możemy zapominać o heroizmie Powstańców, którzy odpierali wroga przez 63 dni, zamiast zakładanych dwóch, trzech. Należy oddać im hołd, nikt nie może odebrać Powstańcom bohaterstwa, odwagi. Łatwo jest oceniać postawy pojedynczych ludzi bez wchodzenia w ich buty. Spróbujmy zrozumieć Powstańców, ich motywacje.

Życie Miasta w czasie walk

Powstanie Warszawskie to nie tylko czas walk, to również historia miasta, które swoją codzienność musiało dostosować do zmienionej na dwa miesiące rzeczywistości. Należy pamiętać o działającej przez prawie całe Powstanie Harcerskiej Poczcie Polowej, powołanej 4 sierpnia 1944 roku przez naczelnika Szarych Szeregów. Po wcieleniu Poczty Harcerskiej do AK stempel „Poczta harcerska” zastąpiono „Pocztą polową”. W czasie Powstania harcerscy listonosze przenieśli około 200 tyś. przesyłek.
Dla wyżywienia cywilów i żołnierzy organizowane były kuchnie polowe. Ludzie jedli to, co akurat było dostępne. Popularna była zupa zwaną pluj-zupą, gotowana z niełuskanego jęczmienia zdobytego ze składów browaru Haberbuscha i Schiele. W „Pamiętniku z Powstania Warszawskiego” autorstwa Mirona Białoszewskiego można znaleźć przykład pomocy, jakiej ludności ofiarowały Sakramentki: „A Sakramentki się paliły. I latały w welonach. Białych. I biły świnie i krowy. Codziennie. I rozdawały ludziom. I przyjmowały i opatrywały u siebie ludzi. Coraz większe gromady. Tysiące”.
Pomnik Małego Powstańca jest smutnym symbolem walk o Warszawę. Dowódcy nie zgadzali się na to by dzieci brały udział w walkach. Te, które były zaangażowane w konspirację, jako harcerze, służyli w rolach łączników, listonoszy. Na Powiśli w drugiej połowie sierpnia Krystyna Artyniewicz, Michał Dadlez i Zofia Rendzner założyli teatrzyk „Kukiełki pod barykadą”. Aktorzy przygotowali przedstawienie komediowe, którego treść dotyczyła walki z Niemcami. Spektakle odbywały się na skwerach, podwórkach i w bramach. Oglądali je zarówno dzieci jak i dorośli.

Religijność Warszawy

Ważnym elementem codzienności były praktyki religijne. Wspólna modlitwa podtrzymywała zarówno żołnierzy i cywilów na duchu. Nabożeństwa i Msze święte odbywały się przy podwórkowych kapliczkach, w piwnicach, na klatkach schodowych. Śpiewano hymn „Boże, coś Polskę”.  Podczas bombardowań cywile modlili się tworzonymi litaniami, jedną z nich przytoczył w „Pamiętniku z Powstania Warszawskiego” Miron Białoszewski” Od bomb i samolotów – wybaw nas, Panie, Od czołgów i goliatów – wybaw nas, Panie, Od pocisków i granatów – wybaw nas, Panie, Od miotaczy min – wybaw nas, Panie, Od pożarów i spalenia żywcem – wybaw nas, Panie, Od rozstrzelania – wybaw nas, Panie, Od zasypania – wybaw nas, Panie…”. Kapelani i kapłani prócz takich posług jak odprawianie Mszy świętych, nabożeństw, służenia sakramentami, błogosławili też związki małżeńskie głównie między powstańcami. W czasie Powstania pobrało się 256 par.

Powstanie dzisiaj

Historia jest ciągiem dziejów, dzięki decyzjom podjętym w przeszłości przez naszych przodków jesteśmy tu i teraz, bez znajomości przeszłości, zakorzenienia się w niej będzie nam trudno budować teraźniejszość. Ludzie stawiają sobie pytanie czy było warto? Czy decyzja o powstaniu była słuszna? Co oni zrobiliby na miejscu powstańców? Jak żyć by nie musieć stawać przed wyborem bić się czy nie bić? Najważniejszym jest zachowywać szacunek dla tych, którzy decydowali się stanąć do walki i walczyć przez 63 dni w obronie Polski, swojej wolności i wielu z nich zapłaciło za to najwyższą cenę, życie.

W Powstaniu Warszawskim brało udział około 150 kapelanów, jednym z nich był młody kapucyn ojciec Medard Parysz. Pod koniec życia powiedział: „Czasem ktoś krytykuje Powstanie Warszawskie. Pyta czy to było potrzebne. Ja mam jedną odpowiedź: Umieramy na gruźlicę, na zawały, na nowotwory, a czemu nie za ojczyznę?”. Potwierdzają to słowa, które usłyszałam od znajomego, jeśli człowiek nie ma za co umrzeć, nie ma po co żyć. Myślę, że rozważając te dwie myśli, szczególnie w czasie pokoju, dobrze jest pamiętać też słowa Jana Rodowicza „Anody”, harcerza, żołnierza AK, które kierował do swoich kolegów: „Dobrze, że ta wojna się kończy. Nareszcie zabierzemy się do uczciwej roboty, bo czasem łatwiej walczyć, niż normalnie pracować i żyć”.



Przy pisaniu tekstu korzystałam z pozycji:
1.      Brodacki Rafał, Powstanie Warszawskie. Fakty mniej znane, wyd. Vesper, Czerwonak 2014
2.      Nowak-Jeziorański Jan, Kurier z Warszawy, wyd. Znak, Kraków 2014
3.      Zasada Stanisław, Duch’44. Siła ponad słabością, wyd. WAM, Kraków 2018
6.      https://www.gosc.pl/doc/2210847.Powstancy-czasu-pokoju/2 (dostęp z dnia 2.20.2018)
8.      https://www.1944.pl/artykul/powstanie-warszawskie,4736.html (dostęp z dnia 2.20.2018)

wtorek, 26 czerwca 2018

Lubin a wszystkie pieniądze świata



"Kodeks lubiński", ufundowany przez księcia Brzegu Ludwika I, ukończono w 1353 roku. Wbrew pozorom nie jest to spis praw obowiązujących w tym czasie w mieście Lubinie, ale legenda o św. Jagwidze, prapraprababce księcia Ludwika. Władca chciał w ten sposób uczcić pamięć swojej wielkiej przodkini, głosić wielkość swojego rodu i przypomnieć o kulcie świętej.
Kodeks przygotował skryba z Lubina, Mikołaj Pruzia, pod patronatem biskupa z Wrocławia, Przecława z Pogorzeli. Pisarz, który zgodnie ze średniowiecznym charakterem swojego zawodu powinien był pozostać w cieniu dzieła, nie zrobił tego,tylko na jego końcu umieścił inskrypcję, dzięki której znamy autora i inicjatora.
„Opisano legendę większą i mniejszą o św. Jadwidze, ukończoną w roku pańskim 1353, wykonano zaś przez sławnego księcia, pana Ludwika, księcia Śląska i pana legnickiego, na chwałę błogosławionej Jadwigi, niegdyś księżnej Śląska i Polski. Napisana zaś została ręką Mikołaja Pruzi na przedmieściu miasta Lubina".
Teksty w "Kodeksie lubińskim" spisano łaciną, składają się na niego: mniejszy i większy żywot świętej Jadwigi, opowieść o rodzinie księżnej, małżeństwie, bitwie legnickiej, śmierci syna Henryka II,  jej genealogia, modlitwa do niej, kazania św. Bernarda z Clairvaux, bulla Klemensa IV z aktem kanonizacji św. Jadwigi. A także okolicznościowe kazanie tegoż papieża związane z wyniesieniem świętej na ołtarze.
Księga składa się z cyklu sześćdziesięciu kolorowych miniatur przedstawiających wydarzenia z życia świętej Jadwigi, związanych z jej kanonizacją oraz kultem. Ilustracje te są najstarszymi zachowanymi z historii dynastii w Polsce. Część obrazowa kodeksu ukazuje znaczenie Piastów, ich tradycje. Do tego uczyła miłości i szacunku do poddanych. W księdze pokazano różnorakie przykłady godne naśladowania: pobożność, pokorę, konsekwencję w wspieraniu najbardziej potrzebujących. Św. Jadwiga jest pierwszą w dziejach piastowską możną, która przez wiele lat prowadziła działalność charytatywną.
Postacie na miniaturach komunikują się ze sobą. Wypowiedzi ich zapisano na paskach, które mogą przywołać na myśl komiksowe chmurki. Dlatego księgę można nazwać prototypem komiksu.
Kodeks był z początku przechowywany w kolegiacie w Brzegu, później od czasów reformacji w miejscowym Gimnazjum Piastowskim. Podczas trwania wojny trzydziestoletniej księga trafiła do Czech, a później stała się własnością rodziny Gutmannów w Wiedniu. 
Władze hitlerowskie skonfiskowały kodeks, jako mienie żydowskie w 1938 roku. Po wojnie został on wystawiony na sprzedaż w jednym z niemieckich antykwariatów. Można było go nabyć za stosunkowo niewielką kwotę. Polscy muzealnicy starali się zdobyć środki na wykupienie go i przekazanie zamku brzeskiemu, z którego pochodził. Jednak ówczesny minister kultury, Józef Tejchma, miał oświadczyć, że Polska Ludowa nie da pieniędzy na zabytki kultury niemieckiej. I w 1947 roku to rodzina Gutmanów odzyskała księgę, tak ta trafiła do Kanady. W 1964 r. dokument powrócił na dziewiętnaście lat do Europy. Ostatecznie, w 1983 r., księga została kupiona potentata naftowego Jeana Paula Getty’ego i trafiła do Stanów Zjednoczonych. Niestety szanse na powrót rękopisu do Europy i Polski są znikome.  J. Paul Getty zapisał swoją kolekcję sztuki narodowi amerykańskiemu, obecnie można ją oglądać w kalifornijskim muzeum im. Getty’ego w Malibu.

fot. 1. Góra: krąg rodzinny św. Jadwigi – hr. Meranu Berthold IV i jego najbliżsi.
Dół: zawarcie małżeństwa przez Jadwigę z Henrykiem Brodatym, przyszłym księciem Śląska. 
Kodeks lubiński, 1353, J. Paul Getty Museum w Malibu.

fot. 2. Góra: z książęcej sypialni – Henryk śpi, a Jadwiga zatopiona w modlitwie.
Dół: Jadwiga i Henryk Brodaty w otoczeniu dzieci.
Kodeks lubiński, 1353, J. Paul Getty Museum w Malibu

fot. 3. Góra: Jadwiga namawia męża do budowy opactwa sióstr cysterek w Trzebnicy.
Dół: Jadwiga sprowadza do opactwa pierwsze mniszki z Niemiec.
Kodeks lubiński, 1353, J. Paul Getty Museum w Malibu.

fot. 4. Góra: bitwa pod Legnicą w 1241 r. między wojskami syna św. Jadwigi Henryka II Pobożnego a mongolskimi najeźdźcami.
Dół: Śmierć Henryka Pobożnego pod Legnicą – jego duszę oraz dusze innych poległych aniołowie unoszą do nieba.
Kodeks lubiński, 1353, J. Paul Getty Museum w Malibu.

fot. 5. Góra: Scena mistyczna – Chrystus z krucyfiksu błogosławi modlącą się św. Jadwigę.
Dół: Jadwiga obmywa swego wnuka w wodzie, w której myły stopy mniszki.
Kodeks lubiński, 1353, J. Paul Getty Museum w Malibu.


fot. 6. Góra: Asceza św. Jadwigi – krwawe ślady jej bosych stóp na śniegu.
Dół: Łączenie się św. Jadwigi z cierpieniem Chrystusa przez biczowanie.
Kodeks lubiński, 1353, J. Paul Getty Museum w Malibu.


Fot. 7. Góra: Św. Jadwiga troszczy się o chorych.
Dół: Św. Jadwiga ratuje skazańców z więzienia, wstawiając się za nimi u małżonka.
Kodeks lubiński, 1353, J. Paul Getty Museum w Malibu

Fot. 8. Góra: Jadwiga na łożu śmierci w otoczeniu świętych.
Dół: Odejście św. Jadwigi – jej dusza wędruje do nieba.
Kodeks lubiński, 1353, J. Paul Getty Museum w Malibu.

Fot. 9. Góra: Prośba duchownych z Polski o kanonizację św. Jadwigi przed obliczem papieża Urbana IV.
Dół: Modlitwa papieża Klemensa IV za wstawiennictwem św. Jadwigi o odzyskanie wzroku przez jego córkę. Jej cudowne uzdrowienie przesądziło o ogłoszeniu śląskiej księżnej świętą.
Kodeks lubiński, 1353, J. Paul Getty Museum w Malibu.



Bibliografia:

1.       Tokarczuk S., 2003 Lubin. Dzieje miasta, wyd. Dolnośląskie
2.       http://www.lubiniokolice.pl/index.php/ludzie?start=18 (dostęp z 25.06.2018)
3.       http://www.powiatlubinski.pl/artykul/pdf/79/ (dostęp z 25.06.2018)
4.       Podpisy ilustracji za :http://www.7cudow.eu/pl/eksponaty/kodeks-lubinski/ (dostęp z 25.06.2018) 

czwartek, 19 kwietnia 2018

Kilka myśli na temat "Jeżycjady"

Swoją przygodę z twórczością pani Musierowicz zaczęłam kilkanaście lat temu. I już nie pamiętam, czy rozpoczęła się ona wraz z książką pochodzącą z biblioteki szkolnej, czy może była to pozycja ze zbiorów mojej cioci. Tak jak nie pamiętam, który tom był pierwszy. Wiem tylko, że mi się spodobał, bo sięgałam po kolejne części i tak robię też dziś.

Moja kolekcja "Jeżycjady"

Mam kilka swoich ulubionych pozycji z „Jeżycjady”, do których często wracam, do niektórych tomów przekonałam się dopiero za drugim podejściem. Lubię wracać do już znanych mi książek. Często podczas kolejnego czytania danej pozycji dostrzegam rzeczy, które umknęły mi wcześniej.
Aluzje odnoszące się do rzeczywistości politycznej, stanu wojennego, zastanej w czasie trwania akcji w książkach: „Opium w rosole”, „Brulion Bebe B.” zauważyłam dopiero przy kolejnej lekturze tych książek już w wieku studenckim. Talerz ojca Borejko czekający na niego przy stole, Kreska mieszkająca u dziadka, a sytuacja jej rodziców jest w szkole znana. Internowanie? Myślę, że fakt iż byłam już starszą czytelniczką znającą lepiej historię Polski również pomógł mi je odczytać. Do tego autorka umiejętnie i nienachalnie portretowała ten przerażający czas. W studenckim czasie doceniłam też „Kalamburkę”, wcześniej pozycja ta mnie nie zachwyciła, pewnie dlatego, że jej do końca nie rozumiałam. Później nie mogłam wyjść z wrażenia nad talentem pani Musierowicz. Wspaniały jest pomysł z inwersją czasową pokazująca lata ważne dla Mili i dla naszej historii. A podróżując tak datami wstecz dowiadujemy się więcej niż nasza podróż miałaby iść chronologicznie.
Autorka przez usta swoich bohaterów przekazuje uniwersalne prawdy i mądrości życiowe. Jedną z takich postaci był prof. Dmuchawiec, nauczyciel, który dyskutował z młodzieżą, zadawał im pytania, zachęcał do myślenia. Prawdziwy wychowawca, dbał o swoich uczniów nie tylko podczas lekcji. Zestawiając młodych i ich mistrzów Musierowicz pokazuje że młodzież niezależnie od pokolenia jest do siebie podobna, szuka wzorców i pomysłu na siebie, potrafi się zjednoczyć.
Wzorce, mistrzowie nie zawsze są fikcyjni: Dmuchawiec, rodzice Borejko, bohaterowie często posługują się łacińskimi sentencjami, cytują Senekę. rozmawiają o wartościowych postaciach literackich.
Książki pani Musierowicz prócz mądrości maja w sobie też dużo humoru i ciepła. Na plus działają inteligentne dialogi i żarty często sytuacyjne. Autorka pokazuje często jak przypadek determinuje dalsze losy bohaterów, jedna decyzja ciągnie za sobą kolejną. W "Jeżycjadzie" znajdujemy również wiele portretów rodzin: silnych, zżytych, wspierających się oraz tych dysfunkcyjnych; bliskich siostrzanych więzów, przyjaźni, relacji międzypokoleniowych.
Częstym zarzutem stawianym pani Musierowicz jest stwierdzenie, że swoich bohaterów przedstawia idealistycznie, po bożemu, kiedy nikt już tak nie żyje, taki styl życia to pieśń przeszłości. Nie spotkałam się z krytyką wobec innych autorów, gdy ci swoich bohaterów wikłają w pozamałżeńskie relacje,  romanse. Każdy twórca przekazuje swój światopogląd  w swoich działach. Jedni przekazują poprzez to chrześcijańskie wartości, inni laickie. I tak już jest. Myślę, że nie powinno to być zarzutem skierowanym pod adresem pani Musierowicz.
Kilka dni temu skończyłam czytać ostatnią część cyklu: „Ciotkę Zgryzotkę”. Zgadzam się z niektórymi krytycznymi opiniami na temat tej powieści. Porozumiewanie się bohaterów przez maile jest dużym uproszczeniem. Brak wówczas żywej interakcji między bohaterami, jest tylko wzajemne opowiadanie sobie przeżytych sytuacji. W ten sposób stawiania się bohaterów przed podjętą już przez kogoś innego decyzją, często ważną i niekonsultowaną z zainteresowanymi. Choć podobne zabiegi były używane już wcześniej, gdy to Ida perorowała małemu Józinkowi, co się stało w rodzinie, albo komentowała oglądaną sytuację.
            Przyłączę się też do stawianego przez niektórych recenzentów pytania. Co się dzieję z Elką Kowalik, z domu Skrybą? Nie wspominając już o córce Robrojka, Belli. Na wesela spraszani są starzy znajomi, a nikt z klanu Borejków nie pamięta już chyba tamtych dwóch dziewcząt. Wielka szkoda. Z bólem czytałam ładny opis witania się Grzegorza z wnuczką, wyglądało to tak, jakby zapomniał on, że raz już dziadkiem został.
Wydaje mi się, że obecnie wydawane tomy „Jeżycjady są pisane w głównej mierze dla fanów serii. Z książek typowo młodzieżowych ewaluowały do pozycji rodzinnych. Czytają je starsi i polecają młodszym. Zarówno jedni i drudzy znajdą tam coś dla siebie.
Nie zmieniło się jedno, książki te dalej są krzepiące, dostarczają ciepła i uśmiechu. Możliwe, że świat kreowany w „Jeżycjadzie” jest troszkę wyidealizowany, ale czy nie dlatego ją czytamy? 

Plakat "Jeżycjady" autorsta Emilii Kiereś, źródło: musierowicz.com

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Śladami polskiego Wiednia

Wiedeń jest stolicą Austrii, jest to fakt powszechnie znany. Skąd w takim razie tytuł tego artykułu? Podczas mojej wizyty w tym naddunajskim mieście wyszukiwałam w nim polskich akcentów. Wybrane przedstawiam w poście. Zapraszam do lektury. 
Już od szkoły podstawowej Wiedeń kojarzył mi się z Bitwą Wiedeńska, odsieczą króla Jana III Sobieskiego. W Wiedniu są dwa miejsca upamiętniające to wydarzenie. Pierwsze znajduje się na wzgórzu Kahlenberg. Miedzy Kahlenbergiem a wzgórzem Leopoldsberg. W latach 20 i 30 XVII wieku na wzgórzu wybudowano kościół p.w. św. Józefa. Podczas oblężenia Wiednia przez  Turków, kościół został przez nich zburzony. Wczesnym rankiem 12 września 1683 roku, dnia  decydującego starcia sił przymierza antytureckiego z Turkami osmańskimi, Sobieski, głównodowodzący koalicji, na wzgórzu wysłuchał Mszy Świętej. Przypomina o tym tablica pamiątkowa umieszczona na murze kościoła.
 
Tablica poświęcona Janowi III Sobieskiemu umieszczona na murze światyni p.w. św. Józefa, fot. A. Korczak

Natomiast o samej Bitwie Wiedeńskiej, mauzoleum znajdujące się w środku świątyni.  

Plansza w mauzoleum Bitwy Wiedeńskiej, znajdujacego się w kościele p.w. św. Józefa, 
fot. A. Korczak

Zbroja husarska w mauzoleum Bitwy Wiedeńskiej, 
znajdujacego się w kościele p.w. św. Józefa, fot. A. Korczak

Obecnie kościołem p.w. św. Józefa opiekuje się polski zakon księży zmartwychwstańców. W południe z kościelnej wieży zegarowej słychać „Mazurka Dąbrowskiego”, wybijanego dzwonami. Pierwszy raz spotkałam się z hymnem granym jako hejnał. 
Pomnik upamiętniający Bitwę Wiedeńską dopiero powstaje. Na wzgórzu umieszczony jest cokół z informacją jak ten monument będzie wyglądał. 
 
Plansza informująca o planowanym pomniku Jana II Sobieskiego, fot. A. Korczak


Drugim miejscem przypominającym Wiedeńczykom o Sobieskim, jest tablica umieszczona na murze kościoła Augustanów. Kościół ten znajduje się na terenie Hofburga,  czyli zamku Habsburgów. Z tej tablicy dowiadujemy się, że po wyzwoleniu Wiednia, 13 września,  dowódca sił sprzymierzonych uczestniczył w Mszy św. w tymże kościele i zaintonował hymn „Te Deum”.

Wieża kościoła oo. Augustianów, fot. A. Korczak

Tablica na murze koscioła oo. Augustianów upamietniająca wizytę Jana III Sobieskiego w tymże kosciele, 
fot. A.Korczak

Wnętrze kościoła oo. Augustianów, fot. A. Korczak

W kościele tym znajduje się pusty grobowiec Marii Krystyny, córki Marii Teresy. Podania głoszą, że cesarzowa pozwoliła jej wyjść za mąż z miłości. Przy grobowcu mąż arcyksiężnej, Albert, polski królewicz i książę Sasko-Cieszyński, kazał umieścić symbole Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ciało księżnej spoczywa jednak w podziemiach kościoła kapucynów. Znalezienie tych symboli nie należo do prostego zadania. 

Grobowiec Marii Krystyny Habsburg, fot. A. Korczak

Fragment grobowca z polskimi symbolami, fot. A. Korczak

Wróćmy jeszcze na chwilę na Kalenberg, w przykościelnym sklepiku, znalazłam bardzo ciekawą pocztówkę. Przedstawiającą reprodukcję obrazu "Polish Betlehem" Leszka Piaseckiego.

Pocztówkowa reporodukcja "Polish Betlehem" Leszka Piaseckiego. fot. A. Korczak

Związek Sobieskiego z Wiedniem był dla mnie oczywisty, pozostałych dwóch bohaterów już niekoniecznie. Czytając o Marszałku dowiedziałam się, że jeździł on do Wiednia na spotkania Polskiej Partii Socjalistycznej. Znalezienie połączenia między księciem Józefem Poniatowski a Wiedniem, nie należało do trudnych. Pepi urodził się w pałacu Kinskich w Wiedniu.
Możliwe też, że autor obrazu chciał po prostu przez scenę odwiedzin Jezuska przez naszych narodowych bohaterów podkreślić przywiązanie Polaków do religii i tradycji. 

Pałac Kinskich (Freyung 4), miejsce w którym urodził się książę Józef Poniatowski, fot. A. Korczak

W Wiedniu znajdziemy jeszcze jeden polski kościół z nazwą mówiącą sama za siebie, Polnische Kirche. Jest to rokokowa świątynia, przekazana w 1897 roku polskiemu zakonowi zmartwychwstańców, który zajmuje się nim do dziś. 12 września 1983 roku Jan Paweł II poświęcił znajdujące się  w świątyni organy, o czym przypomina tablica znajdująca się w środku. Prócz innych dowodów polskości tego miejsca znajdziemy tam również tablicę poświęconą cesarzowi Franciszkowi Józefowi.

Polnische Kirchie p.w. Świetego Krzyża, fot. A. Korczak

Wnętrze kościoła (Polnische Kirchie) p.w. Świętego Krzyża, fot. A. Korczak


Kolejnym polski miejscem jest  bar kanapkowy „Trześniewski”. Nazwa baru pochodzi od nazwiska Franciszka Trześniewskiego, który na przełomie XIX i XX wieku przeniósł się z Krakowa do Wiednia i w 1902 roku otworzył tam swój pierwszy bar kanapkowy. Myślę, że można śmiało stwierdzić, że kanapki serwowane przez krakowianina były jednymi z pierwszych fast foodów. Ciekawa jestem jak Austriacy radzą sobie z wymową tej nazwy.

Kanapki u Trześniewskiego, fot A.Korczak

Pozostając przy temacie jedzeniowym, chcę opowiedzieć wam o pierwszej kawiarni w Wiedniu założonej przez Jerzego Franciszka Kulczyckiego. Urodzony w I połowie XVII wieku w Kulczycach, dziś wieś ta leży na terenie Ukrainy. Pracował dla Wschodniej Kompanii Handlowej i znał języki obce, w tym turecki. Do Wiednia w 1683 r. przybył w celach kupieckich. Podczas oblężenia miasta, został szpiegiem, przekazywał informację z i do stolicy. To on przyniósł wiadomość o zbliżaniu się do Wiednia „Lwa Lechistanu”. Po zakończeniu oblężenia Kulczycki został obwołany bohaterem, wiedeńczycy obdarowali go sporą kwotą pieniędzy i nieruchomością, a cesarz Leopold I zwolnił go na 20 lat z podatków i dał mu przywilej wykonywania dowolnego zawodu. Król Sobieski natomiast pozwoli mu wybrać nagrodę z dowolnej zdobycznej rzeczy. Szpieg wybrał około 300-500 worków z kawą.  Korzystając z zapasów kawy Kulczycki otworzył kawiarnię. Niestety na początku czarny, gorzki, napój nie zdobył uznania wiedeńczyków. Sytuacja zmieniła się, gdy kawę zaczął serwować z miodem i mlekiem. Kulczycki zmarł w 1694 roku i blisko 200 lat po jego śmierci władze miasta jednej z ulic nadały jego imię. A w 1865 roku właściciel kawiarni znajdującej się na rogu Kolschitzkygasse i Favoritenstrasse, ufundował pomnik na cześć naszego bohatera na narożniku kamienicy. Kulczycki przedstawiony jest w stroju, w jakim zwykł serwować kawę.

Pomnik Kulczyckiego, fot. A.Korczak

Pomnik Kulczyckiego, fot. K.Z.

Jeśli ktoś z Was, czytelników, będziecie miał okazję zwiedzać to zadbane, zabytkowe, europejskie miasto, to zachęcam serdecznie zajść do któregoś z opisywanych miejsc. Ja czułam się tam swojsko i znajomo. Polecam!




Wiedeń zwiedzałam wraz z goszczącą mnie, moją Kochaną Znajomą wspierając się przewodnikiem autorstwa Katarzyny Głuc wydanym przez wyd. Travelbook.

środa, 30 sierpnia 2017

35. rocznica Zbrodni Lubińskiej

Mieszkańcy Lubina, stolicy Zagłębia Miedziowego, odpowiedzieli na apel Tymczasowej Komisji Koordynacyjnyjnej NSZZ „Solidarność”[1] i 31 sierpnia 1982 roku zorganizowali manifestację mającą uczcić drugą rocznicę podpisania porozumień sierpniowych. O demonstracji informowały drukowane ulotki. Podkreślano w nich, że zgromadzenie ma mieć pokojowy charakter.
Władze województwa zdawały sobie sprawę, z planowanej akcji podziemia, Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego[2] dała Ministerstwu Spraw Wewnętrznych zielone światło na działania, nie wykluczając użycia broni. Do Lubina skierowano: 71 milicjantów mundurowych, 20 funkcjonariuszy w cywilu, 34 członów ORMO[3], 33 ROMO[4] oraz 6 ze Służby Ruchu Drogowego. Mundurowi ORMO i ROMO byli zaopatrzeni w środki chemiczne, pałki oraz hełmy, milicjanci mieli broń palną z ostrą amunicją.   
Demonstrację zaplanowano na godz. 15:30 na pl. Wolności (dziś Rynek). Plac zaczął zapełniać się mieszkańcami już po godz. 14, gdy górnicy skończyli pierwszą zmianę w kopalni. Ludzie zbierali się przed Ratuszem oraz dookoła nieistniejącego dziś pawilonu handlowo – usługowego. Do czasu rozpoczęcia manifestacji zgromadzony tłum liczył około 2000 osób, w tym kobiety i dzieci, liczba ta stale rosła. Przed Ratuszem, na wprost zebranych stało 80 funkcjonariuszy NOMO[5], ROMO oraz ORMO.   
Znakiem rozpoczynającym wiec, był wjazd na pl. Wolności karetki pogotowia. Ułożono z kwiatów oraz wieńców krzyż. Dalej Stanisław Śnieg, współorganizator demonstracji, podkreślając pokojowy charakter zgromadzenia, opowiedział o celu demonstracji i rocznicy podpisania porozumień sierpniowych. Odśpiewano hymn państwowy, „Rotę”, „Boże coś Polskę”, skandowano: „Uwolnić Lecha”, „Zamknąć Wojciecha” oraz hasła potępiające stan wojenny. Pojawił się też transparent „Uwolnić Lecha – Wolność dla ludu – Solidarność”. Milicyjny samochód jeździł wokół placu i przez megafon oficer nawoływał do rozejścia się, jako że manifestacja nie była legalna. Jedne źródła podają, że głos oficera nikł w śpiewie tłumu, drugie, że na te nawoływania zgromadzeni odpowiadali gwizdami.
Stanisław Śnieg widząc jeżdżący milicyjny wóz, wezwał zebranych do rozejścia się. Gdy ludzie zaczęli opuszczać plac, oddziały NOMO niespodziewanie ostrzelały zgromadzonych gazem łzawiącym. Tłum zaczął z przerażeniem uciekać w boczne uliczki i chować się miedzy blokami. Manifestanci  próbowali też odpowiedzieć mundurowym na atak odrzucając w ich kierunku granaty z gazem i rzucając w nich kamieniami. Pokojowa demonstracja przeobraziła się w bitwę uliczną.
Do centrum miasta sprowadzono pluton ZOMO z Legnicy. Użyto wówczas ostrej amunicji. Gdy manifestanci zaczęli uciekać na pobliskie błonia, zomowcy rozpoczęli pościg. Chaotyczna bitwa przeobraziła się w polowanie na ludzi. Milicja ścigała uczestników manifestacji jeżdżąc po ulicach wokół Rynku. Manifestanci byli pałowaniu, obrzucani granatami łzawiącymi. Jedni byli ostrzeliwani rykoszetem, do drugich celowano. Przy ulicy Kopernika śmiertelnie ranni zostali Andrzej Trajkowski i Mieczysław Poźniak. Trzeci zginął Michał Adamowicz, postrzelono go gdy przebiegał mostkiem nad Baczyną. Gdy wyjeżdżał o 14 z kopalni zażartował ” Idę z komunistami powalczyć...”. Zdjęcie autorstwa Krzysztofa Raczkowiaka przedstawiające grupę biegnących mężczyzn niosących Adamowicza obiegło cały świat.
fot. Krzysztof Raczkowiak (źródlo: http://www.lubin82.pl/index.html)

Milicjanci ostrzeliwali nie tylko uczestników manifestacji, gaz łzawiący, petardy i ostra amunicja dosięgały również spokojnych przechodniów, ludzi stojących na balkonach własnych mieszkań, czy przebywających w parkach i na placach zabaw. Akcja milicji zakończyła się późną nocą.
W miejscach śladów krwi na ulicach ludzie palili znicze, układali kwiaty i umieszczali napisy „Zginęli z rąk władzy ludowej”.
1 września około 10 tysięcy mieszkańców Lubian wyszło na ulice w protestacyjnym marszu, rozpoczął się on w miejscu śmierci Andrzeja Trajkowskiego i Michała Późniaka. Pochód zaatakowano przy użyciu gazu łzawiącego, petard i armatek wodnych. Następnego dnia protesty dalej trwały. Nie używano już ostrej broni. Rozpoczęto zastraszanie i aresztowanie mieszkańców. Lubin został ogłoszony zamkniętym miastem.
W wyniku zdarzeń 31 sierpnia zginęły trzy osoby. Adamowicza lekarze w szpitalu sztucznie utrzymywali przy życiu, tak by w raportach było napisane że zmarł a nie został zabity. Jedenaście osób zostało rannych. Łącznie w ciągu trzech dni zaaresztowano 250 ludzi, później jeszcze 72.
Trajkowskiego i Adamowicza pochowano w Lubinie kolejno 3 i 13 września. W pierwszym udział wzięło 3 tysiące osób, w drugim 4 tysiące. Poźniak został 5 września złożony na cmentarzu w Orzeszkowie k. Ścinawy, przybyło tam 700 osób. Na pogrzebach śpiewano pieśni patriotyczne i wygłaszano antykomunistyczne przemówienia. 5 września w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa odprawiono Mszę św. W intencji zabitych, uczestniczyło w niej około 10 tysięcy osób.
W rocznice zbrodni w lubińskich kościołach odprawiano Msze św. za zamordowanych, później przemarsze na cmentarz, zdarzało się, że jednostki milicji je rozpędzały. W ostatniej nielegalnej uroczystość wzięło udział 15 tysięcy osób. Odbyła się ona w 1989 roku.
Lubińska zbrodnia nigdy nie została do końca wyjaśniona. Władze od razu po manifestacji przystąpiły do zacierania śladów użycia broni. Miasto oczyszczono z łusek i pocisków. Drugiego dnia po manifestacji zaczęto tynkować elewacje zniszczone przez kule, wymieniać rozbite szyby. Mundurowi mieli nie przyznawać się do użycia broni z ostrą amunicją, którą rozliczyli dopiero 14 września. Prokuratura na polecenie ministra spraw wewnętrznych, gen. Czesława Kiszczaka musiała zwrócić przejętą broń. Nie została ona zabezpieczona, przestrzelono ją a później sprzedano. 8 kwietnia 1983 roku umorzono pierwsze śledztwo w sprawie śmierci manifestantów w Lubinie. Ostatecznie mocą wyroku sądu z 2003 roku i późniejszych apelacji z 2004 i 2007 roku trzej funkcjonariusze zostali skazani na kary więzienia, dwóch odbyło karę. Jednak do dziś nie zostało ustalono kto strzelał do manifestujących.
Rodziny ofiar były szykanowane i represjonowane. Stwarzano im problemy przy wydawaniu ciał ze szpitala, podczas śledztwa, ze strony prokuratury i SB oraz w miejscach pracy. Na grobach zabitych nie pozwolono umieścić informacji o dacie i sposobie śmierci.
Dopiero 30 sierpnia 1992 roku odsłonięto pomniki upamiętniające wydarzenia z 1982 roku. Na Pomnik Pamięci Ofiar Lubina'82 składa się jedenaście głazów, na których wyryto napis „Solidarność” oraz trzy głazy z dwoma krzyżami, postawiono je w miejscach śmierci Trajkowskiego, Poźniaka i Adamowicza. Autorem monumentu jest Zbigniew Frączkiewicz. Na jednym z kamieni umieszczono napis „Milczą a jednak wołają”. Ofiary Zbrodni Lubińskiej upamiętnia również rondo na jednej z głównych lubińskich dróg im. Pamięci Ofiar Zbrodni Lubińskiej. 
W czasach PRL-u ludzie wychodzili na ulice w duchu solidarności, jedności i dbałości o dobro wspólne. Czy my dzisiaj też tak potrafimy? Pamiętając o ofiarach naszych ojców powtarzajmy za Janem Pawłem II: "Wolność nie jest dana raz na zawsze. Trzeba ją stale zdobywać na nowo."

Pomnik Pamięci Ofiar Lubina'82 fot. A. Korczak






Film dokumentalny "Krótka seria" reż. Grzegorz Braun





Reportaż z 25. rocznicy Zbrodni Lubińskiej prod. Grzegorz Braun




[1] TKK, była podziemnym organem koordynującym dzialalnosc regionalnych struktur zdelegalizowanej w stanie wojennym „Solidarności”
[2] WRON, to organ sprawujący w Polsce władzę między 13 grudnia 1981 a 21 lipca 1983, w czasie stanu wojennego. Kierował nim gen. Wojciech Jaruzelski
[3] Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej, była paramilitarną organizacją ochotniczą i społeczną wspierającą  MO (milicję obywatelską)
[4] Rezerwowe Oddziały Milicji Obywatelskiej
[5] Nieetatowe Oddziały Milicji Obywatelskiej, były to formacje pomocnicze Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej




Bibliografia:
  1. Sołtysik Ł., 2017 Polowanie na ludzi. Zbrodnia lubińska 31 sierpnia1982 roku, Biuletyn IPN
  2. Piotrowski P Zbrodnia lubińska http://polska1918-89.pl/pdf/zbrodnia-lubinska,5459.pdf (dostęp 30.08.2017)
  3. Braun G. Krótka seria Telewizja Polska S.A. oddział we Wrocławiu dla Programu 2, 2001 (dostęp 30.08.2017)https://www.youtube.com/watch?v=6yedG2D883I 
  4. Jaworski A. Sierpień Wolności https://stacja7.pl/blogownia/sierpien-wolnosci/, http://pamiec.pl/pa/biblioteka-cyfrowa/audycje/sierpien-wolnosci/15234,Sierpien-Wolnosci.html (dostęp 30.08.2017) 
  5. http://www.powiat-lubin.pl/zbrodnia_lubinska/ (dostęp 30.08.2017)
  6. http://31sierpnia1982.pl/lubin (dostęp 30.08.2017)
  7.  http://www.lubin82.pl/index.html (dostęp 30.08.2017)
  8.  http://nowahistoria.interia.pl/kartka-z-kalendarza/news-31-sierpnia-1982-r-zbrodnia-lubinska,nId,1876870 (dostęp 30.08.2017)